Święta z poślizgiem :)

Ta notka czekała w brudnopisie na swoje 5 minut blisko .... rok. Przygotowałam zdjęcia, ale nie opublikowałam z racji braku czasu na odpowiedni opis. No, ale skoro kolejne święta przed nami, to może dobra okazja żeby na blogu zrobiło się trochę klimatycznie :)

Zeszłoroczne święta na pewno należą do tych, które będę wspominać przez lata. Zwykle spędzamy ten czas w małym gronie. Najbliższym. Tym razem było nas trochę więcej. Jak za starych czasów, kiedy dziadkowie byli pełni sił, a dzieciaki zauroczone swoim towarzystwem. Gościliśmy Amerykę, czyli moją absolutnie ulubioną cześć rodzinki. Pojawiały się już notki z nimi w roli głównej, więc może niektórzy kojarzą. Dla kuzynów były to pierwsze święta w Polsce. Ledwo dolecieli właściwie, bo przez pogodę nie startowały samoloty z NY. Później startowały, ale zamieszanie na lotnisku było na tyle duże, że nie udalo im się dostać na pokład! Koniec końców wylądowali dopiero kilka godzin przed Wigilią. Oczywiście bez ANI JEDNEGO BAGAŻU. Co tam, że zostali bez ciuchów, PREZENTÓW nie było !!! Czarna rozpacz, ale nie na tyle duża, aby popsuć nam Boże Narodzenie. Było rodzinnie, wesoło, głośno, tak jak być powinno. Żałuję, że nie potrafię wrzucić tu filmu ( za długi na You Tube), który zmontował mój tata. Oglądam go bez pezrwy.




















Po północy rodzice obchodzili 25. rocznicę ślubu. Dostali od nas swoją karykaturę :)




Pamiętacie ile śniegu było? Ameryka w szoku! W NY święta w takiej scenerii to rzadko osiągalne marzenie:)








25 grudzień, kolejny dzień obżerstwa i kolejni goście. Im nas więcej tym weselej!:)






A później Wroclaw! Cioteczka studiowała tu germanistykę, więc miała ochotę odświeżyć wspomnienia.






Wciąż nie dochodzi do mnie, że moja mala, slodka kuzynka, to już taka kobieta! Od maja DOROSŁA :P








Było też turnee po seniorach. Tu moja kochana babcia Jadzia. Choć nie są spokrewnieni z kuzynami, baaardzo się lubią. Camilla i Wes nie mogli uwierzyć, że w Polsce WSZĘDZIE nawet u BABCI dostaje się alkohol i bigos :) Tylko mojego Freda brak ... :(




Były też spotkania z drugimi dziadkami (naszymi wspólnymi) i wycieczka na wieś do ogrooooomnej rodziny, ale zdjęcia się u mnie nie uchowały.



No, ale największą atrakcją dla kuzynów był LEGALNY alkohol w barach. To znaczy legalnie przez nich spożywany :) Jak wiadomo u nich od 21, więc WSZĘDZIE paradowali dumnie z kuflem w ręku. Ciotka później opowiadała, że jak zdawali znajomym relację z pobytu w PL najwięcej czasu poświęcali właśnie naszym imprezom:)) Tu wersja zielonogórska!






Of course, wciąż w naszych ciuchach ... :)








A tu już wersja wrocławska. Pierwszy dzień domówa u nas.








Drugi dzień beforek u brata...




A później w miacho!






Skutki picia wódki:))






Bagaże przyleciały z TAJLANDII w przeddzień wyjazdu. Prezenty zostały rozdane, ubrania wrócily do właścicieli :) Następna wizyta ukochanych kuzynów była planowana za następne 3 lata, ale wszystko wskazuje na to, że zobaczymy się już ... za 5 miesięcy. Wesle ma się raz w życiu, nie ?:) Obiecali, że przylecą. Bożeeeeeeeeeeee założyłam licznik pod archiwum bloga i jestem przerażona! Do ślubu zostało 168 dni! Co to będzie, co to będzie! Dobrze, że nie tyle co do Wigilii :) U nas w tym roku kameralnie, ale mam nadzieję, że równie dobrze jak ostatnio. Dla mnie to wyjątkowe święta, bo pierwsze z NARZECZONYM i ostatnie jako PANNA.  Za rok nie będę już Panią B. tylko Panią C. Niby jedna literka i to alfabetyczna sąsiadka, a zmienia tak wiele.


Wszystkim moim drogim blogowiczom WSZYSTKIEGO PIĘKNEGO w ten wyjątkowy czas i kolejny rok! Cieszę się, że tu wciąż jesteście i wciąż wysyłacie tyle pozytywnej energii !!! Na zaległe komentarze już odpowiedziałam :))) Buziaaaki !





marmolejd-lajf 2011-12-21 20:44:25
skomentuj (13)
Drzwi wiecznie otwarte.

Przez nasz dom, przetaczają się TŁUMY :) Ciągle ktoś wchodzi i wychodzi. Czasami jestem zmęczona, ale LUBIĘ TO! Jak tylko zobaczę w grafiku wolny weekend to zaraz myślę kogo by tu do siebie ściągnąć. Ostatnio pobiliśmy rekord. Na naszych skromnych 43 metrach spało 8 osób! Przyjechali Maćka rodzice, ciocia z wujkiem z Żar i kuzyni. O dziwo starczyło i miejsc noclegowych i kołder, poduszki chyba 2 przywieźli ze sobą. Było ciasno, ale za to jak wesoooooooooooło ! :) Mniej zadowoleni mogą być sąsiedzi, którzy do 5 rano słuchali naszego zawodzenia. Przyszly teściu przywiózł gitarę i śpiewniki, więc ... wyliśmy :)) Wszystko jest udokumentowwane na kamerze, ale o aparacie .... nie pomyślałam... Drugi dzień spędziliśmy buszując po galeriach, objadając się lodami i opijając grzanym winem na pięknym, świątecznym wrocławskim Rynku. Uwielbiam go zimą! Kolejny wieczór zapowiadał się spokojnie, ale zakończył hucznie - na podłodze w toalecie. I wcale nie mówię tu upojeniu alkoholowym, a imprezie, ktora z racji braku wystarczającej liczby pokoi przeniosła się do... łazienki:)



W niedzielę kolejny shopping. Zniżki przedświąteczne baaardzo kuszące. W Triumphie kupiłam 4 cyckonosze z nowej kolekcji. Niedawno widziałam je za blisko 150 zł, a kupiłam za ... 50. Moja szafa wzbogaciła się też o czarną sukienkę na Sylwestra, t-shirt, spódnicę i sweterek. Jest też pierwszy gwiazdkowy prezent - dla taty. Kamień z serca, bo z nim mam zwykle największy kłopot.


Goście wyjechali a ja ... rozłożyłam się na amen. Gardło, katar, gorączka. Z pracy wygonili i kazali leżeć. Zwolnienie do końca tygodnia. Szkoda, bo ominęła mnie fajna służbowa impreza wigilijna. A może to i dobrze? Nie lubię się dzielić oplatkiem z każdą księgową, kadrową, sekretarką, dziennikarką itd. Ten zwyczaj powinien być zarezerwowany dla najbliższych. Krępuje mnie to trochę. I po 70 osobie tracę wenę i nie wiem czego życzyć :))) Ale o gościach miało być, tak ?

We wtorek schorowaną marmoladkę odwiedziła... Weimarska! Ploty, ploty, ploooooooooooty :) Kto uważa, że blogowe/internetowe znajomości nie zdają egzaminu ten trąba :))





Niedawno gościlismy też Olę i Pawła, czyli Maćka brata z żonką. PIERWSZY RAZ zostawili Antosia na noc u rodziców. Jak się okazało strach ma wielkie oczy, bo dziecko ani nie płakało, ani nie marudziło. My za to w końcu na spokojnie pogadaliśmy. Byliśmy też na nowym stadionie na słynnym, ale nudnawym meczu Polska - Włochy. Ze zdjęciami u nas ostatnio na bakier, ale jest kilka fot ze spacerku.









Ostatnio wyjątkowo często odwiedzają nas także moi rodzice. O sąsiadach i wrocławskich znajomych nie wspomnę :) Grono się rozrasta. Do stolicy Dolnego Śląska przeprowadził się Karol - kumpel z akademickiej ławki ze swoją Ukochaną. Nie dość, że mieszkamy niemal po sąsiedzku, to ... udało się go wkręcić do Radia Wrocław. Ja z newsroomu, on z promocji, ale widujemy się regularnie na korytarzu i obiadkach w radiowym barze:) A wieczorami ... of course u nas :D



Nawet ex szefowa obalila ze mną ostatnio winko. Kiedyś miałam zwyczaj wszystko uwieczniać na aparacie. Od kiedy kupilam lepszy - notorycznie zapominam, albo zwyczajnie mi się nie chce. Bo za duży, bo za ciężki, bo zanim poustawiam co trzeba ... :) W każdym razie chata pełna! Tylko czasu brak, czasu brak i weekendów, żeby zaprosić wszystkich których by się chciało! Z resztą ja w ogóle jestem zwolenniczką tzw "spontansów". Jeden telefon i AKCJA! Umawianie z kilkutygodniowym wyprzedzeniem zwykle nie przynosi rezultatów. Na przykład wczoraj - Metal wylądował przed 23 u nas był za 15 minut i został ze swoją Agą ... do rana:) Tym razem - z racji mojego stanu zdrowia, nie przywitaliśmy go na lotnisku, jak kilka tygodni temu ...



Nie dość, że czarny humor to z błędem ortograficznym ... ;)



Tylko pościeli nie nadążam prać ... :) Ale cieszę się. Bałam się, że we Wrocławiu zrobi się pusto w naszym towarzyskim życiu. Na szczęście niepotrzebnie. Pojawili się nowi przyjaciele. Ci stazi z kolei nie zawiedli. My jeździmy odwiedzać ich, oni nas. Część mieszka tutaj. Rodzinka też jakby bardziej zgrana. W kupie raźniej.




marmolejd-lajf 2011-12-14 13:48:59
skomentuj (6)
W czepku urodzeni.

Najpierw trafili 5 (uh... niewiele brakowało) w TOTKA i wygrali 6 tysięcy złotych. Później dla mnie sesję narzeczeńską podczas loterii na Targach Ślubnych. Kilka tygodni temu ...

Tata wysłał fotkę na konkurs Radia Zet "Start do nart". Tak o, dla zabawy. Na drugi dzień odebrał telefon z informacją, że wygrał mega wycieczkę do Ischgl w Austrii. Musieli pomyśleć, że autorem jest jakiś mega luzak, bo na fotce jest roznegliżowany skoczek :D Szok był jeszcze większy, kiedy okazało się, że to nie jest zwykły wypad na narty. 10 laureatów z osobami towarzyszącymi to bohaterowie telewizyjnego show! Dzielą się na dwie grupy. Radia Zet i Polsatu. Kapitanem pierwszej jest Piotr Kupicha, drugiej Agnieszka Popielewicz. Oprócz nich jedzie Rafał Bryndal, Michał Korościel (dziś redaktor sportowy w Zetce, kiedyś kolega z redakcji Radia Zielona Góra) i bliżej nieznane mi jeszcze osoby :) Śpią w jakimś wypasionym hotelu na stoku, idą na koncert Roxette. Dostali za darmo porządne kurtki, spodnie, kaski, gogle, rękawice Rosignolla. Wszystko będzie relacjonowane w TV :) Na razie pojawiły się pierwsze fotki z autokaru ... Bo, co najlepsze - są już na miejscu! Tatko przed chwilą dzwonił z opowieściami z wyciągu :) Jechali z Kupichą, PYTAŁ O DZIECI :D Generalnie to strasznie mi się chce śmiać z rodziców, bo oni raczej nie są urodzonymi gwiazdami tv :D Mama powiedziała, że jak będą kazali jej brać udział w jakiś idiotycznych konkursach to umrze :D Pierwsze wywiady podobno mają za sobą. Nie potrafię sobie tego wyobrazić hahhaha :) Ale tata podliczył, wycieczka warta kilkadziesiąt tysięcy, więc za takie pieniądze niech narobią sobie siary hahha !:)



A my... w końcu pomalowaliśmy sypialnię. Od kiedy się wprowadziliśmy (a mija 2 rok !!!) męczył mnie kolor ścian. Taki jakiś łososiowo brzoskwiniowy. Do tego stopnia, że nic w nim nie urządzałam. Nic mi nie pasowało. Zmotywował mnie widok malarza, pracującego na naszej klatce schodowej:) Zapytałam, czy nie machnąłby też naszego pokoju. Zgodził się. Kupiliśmy farbę, jakieś folie, szablon - alfabet, bo chcę dorobić jakiś fajny napis. WŁAŚNIE !!! Czy ktoś ma pomysł co można napisać na ścianie. Na razie wygrywa opcja "Live, laugh, love", ale może macie lepszy pomysł? To trudniejsze niż myślałam. Przeszparałam internet, ale wszystko wydaje mi się jakieś zbyt napompowane. HELP ME!


Jeśli chodzi o kolor zdecydowałam się na Babie Lato Duluxa. Na próbkach wydawał mi się jaśniejszy niż na ścianie. Boje się, że pokój będzie wydawał się jeszcze mniejszy. Ale i tak jestem zadowolona. Bo będę wszystko rozjaśniala białymi dodatkami, poza tym mamy duże okno. Od dawna marzyłam o takim wnętrzu w takim stylu:







Udało sie znaleźć nasz kolorek z podobnymi dodatkami. Nasze wnętrze wydaje się co prawda jaśniejsze, ale może kontrast tak działa i po powieszeniu wszystkich dupereli będzie podobnie. Trochę ciemno, ale ja lubię takie stonowane, w naturalnych kolorach pokoje. Tu przykład, a nasze fotki jak wszystko dokończymy!




Nie mam metrażu, który pozwoliłby na urządzenie sypialni tak jak marzę (patrz pierwsze fotki), ale mam nadzieję, że będzie to chociaż namiastka:) Kupliśmy dziś pięęęęękny, biały żyrandol z kryształkami, teraz szukam narzuty i jasnego dywaniku. Łóżko mamy białe, ramki białe, firany się szyją - białe w szare róże. Muszę jeszcze odpisować komodę i wymyślić  ten cholerny napis. Może SexDrugs&Rock'n'Roll ?:)))




marmolejd-lajf 2011-11-25 22:51:27
skomentuj (6)
Surprise!

Kocham niespodzianki. Są fajniejsze, od każdego, najdroższego prezentu. Tradycję rozpoczął właściwie Maciej. Na samym początku naszej znajomości wpakował mnie do samochodu na urodziny i zawiózł ku mojemu zaskoczeniu do Poznania. Wylądowaliśmy w mega hotelu z mega atrakcjami w programie. Spodobało się na tyle, że postanowiliśmy to powtórzyć za lat kilka :) W moje 25 urodziny Narzeczony (!!!) zabrał mnie TU. Hotel w sercu Parku Narodowego, u podnóża Gór Stołowych, pod samym Szczelińcem. Na około same lasy, góry, łąki i błoga ciszaaaaaaaaaaa. Zwykle preferuję noclegi blisko cywilizacji, ale po tym wyjeździe przekonałam się, że kilka dni z dala od wszystkiego dobrze robi. Było cudownie. Nawet deszcz, który nas złapał na samej górze cieszył jak nigdy.







Nie mogłam być gorsza, nie ?:) Kilka dni przed Maćka urodzinami oświadczyłam mu, że w piątek musimy rano być w Oławie, żeby załatwić sobie weekendowe nauki przedmałżeńskie. Koniecznie o 9 rano, bo inaczej nam przepadną :)) Oczywiście uwierzył. Ba - specjalnie wrócił wcześniej z Zielonej, gdzie załatwiał jakieś biznesy. W tym czasie zdążyłam go spakować, załadować torby do bagażnika i zarezerwować hotel pod samym zamkiem w Pradze. Wstaliśmy raniutko, szybki prysznic, no i jedziemy. Do Oławy ... przynajmniej teoretycznie:) Bo w praktyce skręciliśmy na autostradę w stronę Jeleniej Góry. Zdziwiony Maciej pyta czemu tędy, że przecież powinniśmy w przeciwnym kierunku. Ja na to, że znam skróty :)) Byłam pewna, że zorientuje się już kiedy skręcę! Tymczasem wytrzymał jeszcze 10 minut, a później wyjął mapę i z ogromnym żalem i przekonaniem tłumaczył, że ŹLE JADĘ, ON JEST PEWIEN NA 100% ! :D Ubaw miałam, że ho ho :D Wydał mnie oczywiście śmiech :) No, ale żeby miał jeszcze trochę frajdy utrzymywałam go w przekonaniu, że jedziemy tylko na jeden dzień, połazić po górach. CAŁĄ drogę próbował wyszarpnąć ode mnie jakiekolwiek informacje. Byłam dzielna - nie dałam się!  Wszystko wyszło na jaw dopiero, kiedy przekroczyliśmy granicę w Jakuszycach i obraliśmy kierunek PRAGA. Cieszył się jak dziecko :) Na miejscu okazało się jednak, że intuicja mnie zawiodła i hotel, który miał być mega ŁAŁ był mega BUUU.  Lokalizacja za to trafiona w dziesiątkę - przy samym wejściu na Zamek, na Hradczanach, także wszędzie rzut beretem. Nienawidzę błąkać się komunikacją miejską, szukać, tracić czas na dojazdy. A pod Hotelem ... HOLANDIA !!! Wiedziałam, że trawka jest w Czechach zalegalizowana, ale nie wiedziałam, że AŻ w takim zakresie ! :) Spędziliśmy więc trzy, cudowne, wesołe, dni błąkając sie po praskich uliczkach...

















Most Karola przeszliśmy 278655 razy, ale zdjęcia nie zrobiliśmy.
Nadrobiliśmy w terenie.











Urodziny w terenie mają też inne zalety. Tak naprawdę świętują dwie osoby :) Także urodziny mamy dwa razy w roku! No, ale bez naszych drogich Przyjaciół nie miałyby sensu, także świętowanie ćwierćwiecza (!!!) Martynki odbyły się także w szerszym gronie, w Zielonej Górze. Tak bardzo tęskniłam, że całą ekipą w jednym miejscu! Ostatnio coraz trudniej nam się zgrać, każdy ma swoje życie, każdy mieszka gdzie indziej. Ale nie ma rzeczy niemożliwych! Chcieliście zdjęcia to macie :) Trochę maławe, ale tak mi się nie chce tego od nowa wkleać :( Polecam okulary ... :)





Stoooooooo lat !













TESTOSTERON



I urodzinowy HIT podpatrzony w Hiszpanii, czyli Beer Pong!




Kasieńka i Natalka - moja świadkowa:)



Nawet gości z Hiszpanii mieliśmy :))



Oprócz góóóry mięcha z grilla, trochę warzywek i rzecz jasna - słodkości :))









Gość specjalny. Antosia mam rzecz jasna na myśli :)










Impreza dla jednych zakończyła się w Lemoniadzie, dla innych ciemną nocą na ogórdku :) A rano ... POPRAWINY na tarasie :)




Ledwo żywi, pokazaliśmy też naszym skacowanym gościom z Wrocławia kawałek Zielonej.





A na koniec - rozpakowywanie PREZENTÓW :D



Maciej wolał w urodziny towarzystwo ... lodów:P






marmolejd-lajf 2011-11-16 11:38:07
skomentuj (7)
Pępowina.

Choć mówi się, że to płeć męska jest bardziej przywiązana do mamusi, wydaje mi się, że to Panie dużo później odcinają pępowinę. Przynajmniej te w moim otoczeniu, na czele z Martynką :) Godzinami mogę rozmawiać przez telefon z mamuśką opowiadając jej  o każdym szczególe mojego życia. Nawet tata nauczył się ich słuchać:) Tymczasem Maciej ogranicza się do telefonu co kilka dni i zdawkowymi, najważniejszymi informacjami. Nie oznacza to wcale, że ma z nimi gorszy kontakt, bo ich relacje całkiem fajnie się układają. Po prostu nie czuje potrzeby zdawania relacji z tego jak szukał butów, nie mógł zasnąć i wkurzył go klient.  Oboje lubimy natomiast wracać do Zielonej.  I nie chodzi tu właśnie tylko o znajomych, czy leżenie do góry brzuchem, a właśnie spotkanie z rodzicami. Tęsknie za nimi. Im jestem starsza tym bardziej lubię z nimi po prostu BYĆ. Okazuje się, że to wcale nie takie popularne, bo nasi zielonogórscy znajomi bywają w domu w święta i czasami jak trzeba/wypada, albo muszą coś załatwić. Dla mnie to niewyobrażalne i właściwie trochę przykre. Nie chciałabym żeby kiedyś dziecko traktowalo mnie jak obowiązek. Dobrze jest lubić własną rodzinę, dobrze chcieć i być z nią być blisko. Cieszę się, że dobrze się w niej czuje także Maciej. Tata, który otwiera się tylko przed tymi, których naprawdę lubi nie przestaje z nim gadać. Czasami przecieram oczy ze zdumienia, gdy widzę ich razem. Mimo różnicy charakterów, widzę w nich dużo podobieństwo. W sposobie bycia, hobby, poglądach. Śmieją się z podobnych rzeczy, mają podobne spojrzenie na biznes, kochają NBA, no i ich słabością jest ta sama kobieta ... :) Podobno płeć piękna przy wyborze mężczyzny życia sugeruje się ojcem, więc coś w tym musi być :)

Nietrudno się domyślić, że chwilę po tym jak Maciek przede mną uklęknął, pomyślałam od razu JAK MY TO POWIEMY RODZICOM. Niby zdają sobie sprawę z tego, że jesteśmy już ponad 5 lat razem, niby wiedzą, że razem mieszkamy i wszystko się fajnie układa, niby wiedzą, że stać nas już na samodzielne życie, ale ... byłam pewna, że to będzie dla nich szok, bo wciąż mają mnie za małą dziewczynkę. Nigdy nie namawiali nas na ślub, nic nie sugerowali, nie naciskali, nie marudzili. My też raczej unikaliśmy tego tematu, więc byli pewni, że nie chodzi nam to po głowie.

A jednak ! :))

Maciejek jezyka za zębami trzymać nie umie, więc "teściowie" o jego planach wiedzieli jeszcze przed wyjazdem. W dniu zaręczyn dzwonili od rana zapytać "czy to juuuuuuuuuuż???:)" budząc tym samym moje podejrzenia:) Kiedy w końcu zadzwoniliśmy, że JUŻ, to pękali z radości. Moi dowiedzieli się dopiero tydzień później. Zadzwoniłam jeszcze z gór z życzeniami dla tatki (bo 25 lipca miał imieniny, przypadek?) i miałam ochotę napomknąć, że mam jeszcze jedną niespodziankę, ale postanowiłam  ugryźć się w język. Nie jestem pewna, czy by nie padł trupem przed tą słuchawką. Powiedziałam więc tylko, że jednak zmieniamy plany i w najbliższy weekend jedziemy do Zielonej. Zdziwił się, ale oczywiście niczego nie domyślił. Zastanawiałam się jak im powiedzieć. Wariant pierwszy to puszczamy film (wszystko uwieczniliśmy na kamerze) i dowiadują się z TV, a nie bezpośrednio od nas. Uznaliśmy jednak, że zanim dotrzemy do tego kulminacyjnego momentu, na zawał mogę zejść ja. Żeby zminimalizować nerwy, trzeba to zrobić szybko i zdecydowanie:) Wariant drugi, to wpadamy do domu i na hurrra krzyczymy, że bierzemy ślub, spontanicznie. Po rozmowie z kolegą, który ma już doświadczenie w tej kwestii uznaliśmy jednak, że najfajniej byłoby o tym im jednak powiedzieć w bardziej uroczystej scenerii i w obecności również Maćka rodziców.  Na szczęście niejedną wódkę mają za sobą, więc jeden stres odpadał :)


Wybraliśmy, pyszną, sprawdzoną choć nową, w wiejskim klimacie restaurację na skansenie w Ochli. Mama Maćka, która zamawia u nich często catering załatwiła rezerwację stolika i zadbała o to by należycie do okazji przystroili nam stół. Jak przyjechaliśmy na miejsce wszystko było gotowe. Moim rodzicom wkręciliśmy, że mamy do wykorzystania kupon groupon-a dla 6 osób, dlatego będzie też rodzinka Maćka. Łyknęli jak pelikany :)) Nie nabrali żadnych podejrzeń, nawet wtedy kiedy powiedziałam, że prosto z Wrocławia jedziemy do knajpy, bo szkoda czasu na wspólne dojazdy :)) Przyjechali. Jedni i drudzy. Wszyscy punktualni. Ponieważ mi ta wiadomość nie przeszłaby przez gardło, ograniczyłam się do chowania pierścionka:) A ponieważ Maciej nie ma problemu z przekazywaniem TAKICH wieści, chętnie i ... szybko mnie wyręczył. Chwilę po tym jak usiedli, chwycił za bukiet kwiatów, powiedział coś fajnego, ale z nerwów nie potrafię sobie nawet przypomnieć co. Nie zapomnial na szczęście wspomnieć o najważniejszym - że się oświadczył, że ja powiedziałam tak i że nie zamierzamy trwać w narzeczeństwie dłużej niż rok, więc zaczynamy organizować wesele i szukać kiecek :)) Ja zdrętwiałam, tata zbladł, a mama zaczęła płakać :)) Jak się okazało - w ogóle nie spodziewali się takich wiadomości w tym dniu, ale generalnie zaczęli oswajać się z myślą, że wkrótce może to nastąpić. Wyściskali, wycałowali, zapytali z niedowierzaniem, czy Maciej NAPRAWDE BĘDZIE DO NICH MÓWIŁ MAMO, TATO :) A ja myślałam, że będą w głębokim szoku, że ich zaskoczę! Mamuśka tylko żałowała, że w przeciwieństwie do "teściowej" nie odwaliła się na taką okazję ... ;) Wypiliśmy winko, wznieśliśmy kilka toastów. "Teściowie" wniobowzięci, bo jako przyszłą synową przedstawiali mnie wszystkim na dłuuuuugo przed zaręczynami :)  Po powrocie do domu, mamuśka oczywiście obdzwoniła wszystkie koleżanki, gorąca linia przez kilka godzin:) Strasznie się cieszę, że tak to przyjęli. A teraz to już w ogóle wariują! Przygotowania ich pochłonely, tata nawet sukniami zaczął się interesować :) We Wrocławiu odwiedzają nas ostatnio wyjątkowo często. Jutro mecz Polska - Włochy na nowym stadionie więc oczywiście też będą. Oprócz nich przyjeżdża Maćka brat z żoną na długi weekend. Wstyd mówić, ale odkąd przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania (2 lata) nie byli u nas ANI RAZU! Trzymało ich głównie dziecko, bo z Antosiem raczej nie ma mowy o imprezowaniu, a oni chcieli z nami poświętować. Jutro mały spędzi pierwszą noc bez rodziców - u dziadków. No w końcu ma półtora roku - kawał chłopa :) Jeśli nie będzie płakał zostanie do niedzieli. Jeśli będzie ryk, robią ewakuację w sobotę wieczorem. A mi też czasami uda się go wykraść na trochę ... :) Jest absolutnie wyjątkowy.



Polskaaaaaaaaaaaaaa biało czerowni !!!! :D




marmolejd-lajf 2011-11-10 15:09:30
skomentuj (8)
Już mi niosą suknię z welonem ... :D

Po tytule łatwo się domyślić, że ... MAM JUŻ SUKIENKĘ :D Właściwie to duża niespodzianka nawet dla mnie samej, bo planowałam zakup w styczniu. Pokusa okazała się jednak silniejsza :)) Najpierw zrobiłam reaserch w Zielonej Górze, bo rodzice przekonywali, że tam na pewno ceny niższe niż we Wrocławiu, a jakość ta sama. Nic podobnego! Co prawda było w czym wybierać, ale cenowo marnie. Wrocław pod tym względem sporo tańszy. Myślę, że to kwestia konkurencji. Na polowanie wybrałam się of course najpierw z mamuśką. Jezuuuuuuuuuuuu jakie to super !!!! Przymierzanie, wybrzydzanie, zachwycanie i płakanie na przemian :)) Koronki, tiule, satyny, czy tafty? Syrenki, princesski, bombki, czy falbany? Biel, ecru, pudrowy róż, ivory, a może kość słoniowa? Ramiączka, czy odkryte ramiona? Tren ? Nie spodziewałam się, że to taki złożony "problem"! W końcu weszłam do niewielkiego salonu przy wroclawskim Rynku, przymierzyłam suknię typu hiszpańskiego i zakochałam się. Poleciałam z mamą wypłacić cash z bankomatu i na szybką kawkę koło Ratusza, żeby obgadać jeszcze temat, upewnić się. W drodze powrotnej do salonu, postanowiłyśmy dla spokoju sumienia zahaczyć jeszcze o jeden. Tak, żeby mieć pewność, że TO JEST TO i nie pluć sobie później w brodę. Obiecałyśmy sobie, że przymierzymy coś tylko pod warunkiem, że nas powali. No i wisiała taka jedna. Włożyłam i po hiszpankę już nie wróciłam :))) Kilka dni później zabrałam jeszcze koleżankę żeby zaakceptowała wybór - z pozytywnym skutkiem :) Jak ona wygląda, pewnie domyślacie się, że zdradzić nie mogę. Głównie ze względu na Maćka częste odwiedziny na blogu! Tradycja to tradycja :) Ale powiem wam, że jestem przerażona obsługą. Babki były na maksa pomocne, chyba miały dobre chęci. Problem tylko w tym, że za bardzo narzucały swoje zdanie. Nawet nie dały mi poczucia, że to mój wybór. Jak mnie zobaczyły w tej, którą ostatecznie kupilam uznały, że ta i żadna inna! Myślę, że były szczere, bo przecież mogły mi wciskać droższą, a tego nie robiły. Ale uważam, że powinny dać klientowi więcej swobody w podejmowaniu decyzji. A i mamuśka piała z zachwytu, choć w jej gust i zdanie wierzę jednak o stokroć więcej :) W każdym razie suknia już na mnie czeka, w marcu pierwsze przymiarki, bo kilka poprawek trzeba nanieść, tym bardziej, że zamierzam sporo schudnąć. Cieszę się, że JĄ znalazłam, ale nie cieszę się, że polowanie  już za mną. Cudownie było jej szukać.

A skoro o ślubach, to może wkleję kilka zdjęć z wesela Maćka brata - Pawla. Minął już ponad rok, ale trzeba nadrobić blogowe zaległości, nie ?:) Niestety dziś tylko zajawka i to głównie z pleneru, bo reszta zdjęć na innym komputerze. A i po uzupełnieniu szału nie będzie, bo fotki są marne. Nie mogę sobie tego wybaczyć, bo to my wzieliśmy na siebie zorganizowanie fotografa. Postawiliśmy na kolegę, który mimo skończonych studiów, własnych wystaw i bóg wie czego, okazał się nieodpowiedzialny. Na sesję, która miała odbyć się przed samym ślubem nie przyjechał w ogóle (wypadek po drodze jest raczej średnią wymówką, bo to chyba do przewidzenia, że na drodze mogą pojawić się utrudnienia), a na ślub kościelny prawie się spóźnił. Przyjechał dosłownie na styk, a ja miałam serce w gardle. A z wesela się zmył o 21 :) No, ale kij z nim. Tatka mój miał na szczęście aparat i robił za kierowcę i za fotografa :))









Mistrz drugiego planu :D









Bracia Cz.







To był wyjątkowy dzień z trzech powodów. Ślub, chrzciny Antosia i ćwierćwiecze Maciusia :) A wesele KA-PI-TA-LNE! Jeśli goście dopiszą tak i u nas, to będzie wspaniale :))) A fotografa załatwiliśmy tym razem NIEZNAJOMEGO :)))




marmolejd-lajf 2011-11-06 00:21:38
skomentuj (5)


dodaj zobacz

www
Mobile English w Zielonej Górze!
Uzetka
Radio Zielona Góra
Radio Wrocław

Blogi
live-love-laugh
ann
klezmer
Wei
Ukofana
m-y-d-r-e-a-m-s
Niemiła
kiribati
frotka
tequila-sunrise
kashienka

Mamusiowo
zimno
Jordann
Weronika
smallangel
kukunariss
moje-male-tesknoty
Zapiski teściowej
aniach13
Les-rodzina
maverick
Lisasimpson
Balderdash
Crazy
Oliweczka
Małżonkowie rozmawiają
Karo
MGiH


2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
2010
listopad
październik
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec


stat4u

©niedziela blog.pl